Jesień leśnych ludzi (2015), czyli mój przyjaciel drzewo


Opowiadanie fantasy, które ukazało się właśnie w Creatio Fantastica #48, musiało czekać na swoją szansę dobre pół roku. Wtedy to właśnie zostało wyróżnione w IV Ogólnopolskim Konkursie na Opowiadanie Fantasy im. Krystyny Kwiatkowskiej - tak zwane "zawsze coś". Ale w tekście tkwił jeszcze jakiś potencjał i nie zamierzałem zostawić go w tym stanie, więc po solidnej poprawce wysłałem go do publikacji. No i dobrze zrobiłem, bo został przyjęty.
W Creatio Fantastica, gwoli przypomnienia, publikowałem już kiedyś "Śpij, królewno, śpij": także nieco bajkowe fantasy.

"Jesień leśnych ludzi" jest o naturze - i o Matce Naturze, i o ludzkiej naturze: potrzebie rozwoju, podboju i zagarnięcia. Z jednej strony mamy pół-drzewiastych leśnych ludzi mieszkających w Dziewiczej Kniei, z drugiej tak zwanych "miastowych" z betonowego molocha, czyli Wielkiego Miasta. Pośrodku zaś - chłopca. W tej oto prostej formule próbowałem zawrzeć moje własne dziecięce obawy dotyczące rzeczy, o których dzisiaj już myślę niewiele: wycinka drzew, niszczenie natury, rozrastanie się miast... Podobnie jak mój bohater, większość dzieciństwa spędziłem bowiem w lasach, na spacerach, wspinając się na drzewa, goniąc za żabami, walcząc na patyki. Może nie non-stop, że aż policja musiała mnie szukać, ale konsekwentnie. A potem przyszła cywilizacja: telewizja, komputer... i jakoś zapomniałem o moich drzewiastych przyjaciołach. W try miga. Z prędkością złącza internetowego.
Jest tu trochę baśniowości, dużo fantasy, szczypta horroru. Zrezygnowałem z dialogów na rzecz szerszej impresji - i tak nie byłoby ich za dużo, a wytrącałyby z rytmu opowieści.
I tyle.

Zapraszam do lektury - przez drzwi do lasu ;)

Link do opowiadania (Creatio Fantastica #48)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)



P.S.
A tak wyróżnienie odbierałem... ;)


Vatican City Superstar (2015), czyli papieski rock and roll


Gdzieś w mediach rzucono uwagą, że nasz nowy papież jest jak gwiazda rocka. Szalenie popularny, przyjazny, jeździ na jakieś egzotyczne trasy po świecie, i tak dalej, i tak dalej...
I faktycznie, uznałem, że to prawda. W dużej mierze. Ale jednocześnie - gdzieś drugim torem przeznaczonym na absurdalne rozważania - zacząłem się zastanawiać, co by było, gdyby papież faktycznie był gwiazdą rocka. Albo miał takie ambicje, zadatki. Jak by wtedy wygląda Stolica Piotrowa? Jak wyglądałby Watykan, kogo by kanonizowano?
I stąd właśnie to opowiadanie. Rychło w czas, bo za tydzień druga rocznica pontyfikatu.

Nie wydaje mi się, żeby treści zawarte w tekście kogoś szczególnie obrażały. Wszystko zbudowałem na prostej analogii między papieżem a rockmenem i między religią a muzyką. To rodzaj ćwiczenia umysłowego na temat, jak wiele wspólnych elementów można znaleźć w obu zbiorach. Nie kierowała mną żadna idea, antyklerykalna, antypapieska czy inna. Jak śpiewają Lao Che, "Rzuciłem palenie i kościół też, do pierwszego czasem wracam, do drugiego nie." Tyle w temacie, z mojej strony.
Ale myślę, że bardzo wiele osób traktuje muzykę, swój własny - wysublimowany przecież! - gust jak religię, coś, co nie zawodzi, w co można uwierzyć, co jest na wyciągnięcie ręki, gdy potrzeba wsparcia. O ile dziwniej, ale i ciekawiej wyglądałby nasz świat, gdyby muzyka stała się religią zorganizowaną, z klerykami głoszącymi z ambon: "Słuchajcie, znalazłem wczoraj wyczesany kawałek; chór, do pieśni!". No, ale to tylko taka sfera bizarrycznych marzeń niżej podpisanego. Reszta - w opowiadaniu.

Zapraszam do lektury, z papieskim namaszczeniem:

Link do opowiadania (Niedobre Literki)
(Wzystkie prawa zastrzeżone)


Rock on!


O tym, jak w prosty sposób i niewielkim sumptem uzyskać w życiu magiczny realizm (2015)



Nie, to nie porady natury pijacko-literackiej, a tytuł krótkiego opowiadania, które przeczytać można na Szortalu.

Napisałem je, ponieważ przypomniała mi się uwaga, rzucona kiedyś podczas zajęć z literatury przez wykładowcę - że magiczny realizm w dużej mierze przypomina stan upojenia alkoholowego. Można zobaczyć różne rzeczy, które tak naprawdę - po bliższym zapoznaniu się z nimi - okazują się czymś zupełnie innym, ale istnieją przez krótki moment w tym magicznym stanie. Omawialiśmy właśnie Rushdiego, Szatańskie wersety, którego tak naprawdę pamiętam trzy po trzy. Ale coś w umyśle połączyło mi się z ulubionym fragmentem o pijaństwie - z Zabicia ciotki Andrzeja Bursy:

Próbowałem zgadywać, który z dwóch bliźniaczych przedmiotów jest prawdziwy, a który urojony, i na ogół udawało mi się to. Mimo to miałem nogawki mokre od wstępowania w urojone kałuże.

Wziąłem więc pomysł na warsztat i machnąłem szorcik o poszukiwaniu wiedzy w literatkach. Taki o, rozrywkowy, bo upijać to się trzeba tylko tak - na wesoło!

Zamiast wykładowcy pojawia się Mandaryński Mędrzec Mao Sen-Tzu - postać samozwańczego filozofa, z którą już kiedyś coś tam dłubałem. Wprosił się do opowiadania i został, więc niech mu ten debiut lekkim będzie. Może jeszcze kiedyś powróci.

Zapraszam do lektury :)

Link do opowiadania (Szortal)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)

W hołdzie Królowi Grozy - recenzja antologii "Pokłosie"

okładka: Darek Kocurek
„Umarł Król, niech żyje Król!” – ogłaszali Anglicy w wiekach średnich, gdy koronę przekazywano następcy tronu. Cóż jednak zrobić, kiedy „King’s Not Dead”, a korona nadal tkwi na głowie władcy? Ano, można mu zawsze złożyć hołd. Nie pruski, nie ruski, a polski.

Z takiego oto zamysłu wyszli twórcy Pokłosia – zbioru opowiadań inspirowanych dorobkiem Stephena Kinga. Zamiast ograniczać się do powtarzalnej fan fiction, piątka ambitnych piewców grozy wydała na świat siedem płodów wykarmionych na klimacie, tematyce oraz motywach typowych dla prozy Kinga. Z darami przed tronem Króla przyklękli: Marek Zychla, Kacper Kotulak, Juliusz Wojciechowicz, Paulina J. Król oraz Jarosław Turowski; w tym ci dwaj pierwsi na obu kolanach, przynosząc po dwa opowiadania każdy. Dodatkowo zbiór opatrzył wstępem Stefan Darda – ze względu na zbieżność imion oraz status na rynku grozy przez wielu uważany za polskiego Stephena Kinga. Okładkowa grafika to z kolei dzieło Darka Kocurka, doskonale znanego z frontów polskich wydań Kinga oraz z uznanej animacji Lament paranoika na bazie wiersza mistrza.

Smaczków dla fanów grozy z pewnością więc nie zabraknie. Jak jednak przedstawia się smak głównego dania?

Pierwsze słowo należy do Marka Zychli, a słowem tym jest Chyba. W tej nietypowej ghost story z pogranicza światów i zaświatów „chyba” staje się nie tylko słowem-kluczem dla rozwoju fabuły, lecz także wyznacznikiem nastroju. Jeśli coś „chyba” jest prawdziwe, to na bank prawdziwe nie jest. Autor wprowadza czytelnika w rzeczywistość prostej, irlandzkiej matrony, której jedyną pociechą są sobotnie zakupy, po czym niespodziewanie zrywa zasłonę, obnażając Prawdę. A potem kolejną i jeszcze jedną. Opowiadanie przedstawia kingowskie pojmowanie Zła, Które Zostawia Ślad, a także dopracowaną psychologię postaci – pięknie wyjaśnione, między innymi, co kobiety widzą w zakupach. Niepozorne z pierwszych akapitów, ale dobre otwarcie. I to bez żadnych „chyba”.

Tytułowe gry słowne kontynuuje Kacper Kotulak, ostrzegając czytelników, że To nie TO!. Tym zręcznym posunięciem nawiązuje do klasycznej powieści Kinga (To) i jednocześnie odcina się od niej, przedstawiając własną wizję chorobliwej koulrofobii. Z całą pewnością można się tu zgodzić z tytułem: to nie jest To, a całkiem inny psychopatyczny klaun – klaun na miarę polskich realiów, któremu w roli miejscowego straszydła nie zawsze wiedzie się krwawo. Nie ma tu tajemnic i rytuałów, są za to uparci gówniarze oraz ruski cyrk. Częściowa narracja z perspektywy Rintincurry’ego (czyżby zakamuflowany Tim Curry, odtwórca roli Pennywise’a?) odkrywa nie tylko mechanizmy myślenia klaunopotworności, lecz także komizm wielu sytuacji. Krótko mówiąc, monstrum się u nas nie wiedzie. Utwór jest za to skuteczną zemstą na kingowskim Pennywisie za straszenie nas w dzieciństwie – swego rodzaju „A masz, dziadu, za swoje!”. Satysfakcja gwarantowana albo balonowy zwierzak.

Juliusz Wojciechowicz z kolei nie poprzestaje na pojedynczych odniesieniach i pichci w tyglu Świniaka wieprzowinę w pięciu smakach. Już od pierwszych stron czuć tu woń prozy Króla, zarówno w dwuczasowej narracji „teraz + wydarzenie z przeszłości”, jak i w klimacie dzieciństwa, obrazowo przeniesionego na grunt polski. Mamy tu grupkę związanych tragedią przyjaciół rodem z To, którzy ruszają na dziecięcą wyprawę jak w Ciele i natykają się na dwukołową wersję Christine, bardziej plugawą od Magla, aby w końcu – po latach – klątwa mogła zrobić spektakularny comeback niczym w Oni czasem wracają. To jednak tylko szkielet opowieści, Świniaka zaś obrasta dodatkowo masa smakowitego mięsa, zwłaszcza w rzucanych tu i ówdzie porównaniach, które tworzą duszną aurę niepokoju. Zakończenie syci jak nadzienie ukryte w pysznej pieczeni. Szef kuchni poleca.

Poziom opowiadań oraz Status quo podtrzymuje także Paulina J. Król. Jak gdyby na przekór swemu nazwisku, autorka nie łączy i nie przerabia żadnych konkretnych utworów mistrza, skupiając się na szerzej pojętym stylu. Wychodzi z tego zgrabna historia nawiązująca do cytowanego przez autorkę Donniego Darko (tudzież szerzej znanego Efektu Motyla), ale skupiona na bohaterach, których losy splatają się i rozplatają w przestrzeni równoległych światów. Cienie Kinga można odnaleźć w postaciach pisarzy i pisarek oraz w tematyce historii alternatywnej, o której przeczytamy chociażby w Dallas ’63. Poza tym jednak jest to opowieść nie „Stefana Króla”, a Pauliny J. Król. I dobrze, gdyż brak konieczności ekshumowania tekstu w poszukiwaniu zagrzebanych odniesień wprowadza do zbioru miłą świeżość.

Kolejny z hołdowników, Jarosław Turowski, zabiera czytelników na wyprawę do Cierniowego Dworu. Zaczynamy w bazie wypadowej Klasyczny King: od ciężkiej sytuacji rodzinnej, z widmem śmierci krążącym wokół domu głównej bohaterki. Zaraz za progiem ruszamy jednak w wędrówkę przez las śladami Pokochała Toma Gordona (drogowskazy wymieniają go z nazwiska), tyle że pozbawioną przytłaczającej samotności, z jasno określonym celem. Nim dotrzemy na miejsce, zejdziemy jeszcze parę razy ze szlaku, błądząc wokół cyklu Mroczna Wieża. Na miejscu ucieszą nas za to dzikie, zwierzęce wampiry w starym dobrym stylu, a na finiszu tak się zasapiemy z przestrachu, że nie dostaniemy nawet chwili na oddech. Napięcie, które towarzyszyć nam będzie do końca, wliczone jest w cenę – wycieczka do Cierniowego Dworu jest bowiem prawdziwą ofertą all inclusive.

Po występach klaunów Kacper Kotulak powraca z muzykantami, składając w darze swój Death metal. Tym razem nie ma tu już przeszczepiania monstrów na grunt rodzimy. Wkraczamy bezpośrednio do Ameryki, w życie aspirującego rockmana („metalmana”?), którego jedyną radością w życiu jest gitara z lombardu – całkiem jak żywa. W najkrótszym opowiadaniu zbioru wysłuchamy więc klasycznej ballady o przesyconym złą wolą przedmiocie, kontrapunktowaną jednak przez złowieszcze akordy psychologicznych gierek. Gitara miesza w głowach emanacjami i półprawdami, kusi i przekonuje, a koło Zła zamyka się i kręci w najlepsze, czekając na kolejną ofiarę. Całkiem jakby była szansa na sequel…

Wraz z ostatnim darem powraca Marek Zychla, tym razem przynosząc surrealistyczną, wielonożną Fhabhtannę (irl. pluskwa). Zaczyna się niemal baśniowo – od psa, który nie jest psem, oraz gremlinowatych stworków – by po chwili z kopyta wyjechać na szerokie stepy celtyckich zaświatów. Ponownie, tak jak w przypadku Chyba, mamy tu do czynienia z Prawdą obdzieraną z warstw jak ta nieszczęsna cebula. Proces ten jednak, jeśli już wyciska jakieś łzy, to jedynie ze śmiechu – na szczególną uwagę zasługuje bowiem język, wypełniony barwnymi określeniami na granicy wyobraźni i absurdu. Choć spodziewany, zwrot akcji w kierunku tematów psychologiczno-klinicznych wyskakuje znienacka na czytelnika uśpionego pół-mitycznym klimatem. Znów jest tu dwuznacznie i mgliście, przez co nie wszystkie sugestie „pluskwy” mogą od razu „zażreć”. Podczas lektury należy więc zachować czujność, czy jak kto woli, szczególną ostrożność.

Podsumowując relację z tego hołdu polskiego: Pokłosie to przede wszystkim patchwork, zbieranina tekstów o różnej zawartości Kinga w Kingu. Naprawdę łatwo wyobrazić sobie, że jakiś szalony naukowiec zmontował futurystyczny edytor tekstowy KING-3000, posadził każdego z autorów przed konsoletami i polecił im pobawić się przełącznikami w ich własnych stylach. I tak jeden autor wybrał „Ponury Klimat 3 z dodatkiem Toma Gordona + solidną łyżkę Mrocznej Wieży”, inny zaś „Nasycenie Klaunów: poziom wysoki + wygotować to w Roztworze Polskości (40%)”.

Jaką można wysnuć z tego konkluzję? Ano, bardzo prostą – dla każdego coś miłego. Wielbiciele Kinga z pewnością znajdą w Pokłosiu moc odniesień – nie tylko literackich, lecz także czysto stylistycznych i fabularnych – ci zaś, którym nieznana jest twórczość Króla Grozy, otrzymają solidne historie, mogące stać się bramami do Lśnienia czy Bastionu. A przecież o to tu głównie chodzi: by czytać książki Stephena Kinga w jak największym gronie; by dzielić się doświadczeniami i by snuć swoje własne, straszliwe historie na jego podobieństwo. Pod tym względem, w roli królewskich posłańców na ziemię polską, autorzy Pokłosia sprawdzają się znakomicie.


Recenzja opublikowana także na stronie wydawnictwa Gmork: http://gmork.pl/w-holdzie-krolowi-grozy-recenzja-antologii-poklosie/#more-533

Premiera antologii już wkrótce!

Rozrusznik (2014), czyli jesteś zombiakiem


Pół-świadomy zombi-cyborg z rozrusznikiem serca. Można? Pewnie, że można, i to w drugoosobowej narracji!

Zorientowałem się jakiś czas temu, że po pliku z pomysłami mam porozrzucanych kilka takich dotyczących zombi, i to w różnych wydaniach. Najlepsza rzecz? Żaden pomysł nie opierał się na bezmyślnej rzezi umarlaków ani na przerobionych po stokroć dramatach przetrwania w świecie post-apokalipsy. Ot, nowe podejścia, z którymi się jeszcze nie zetknąłem. Najgorsza? Moda na zombi ma swoje przypływy i odpływy, więc nigdy nie wiadomo, czy warto pisać.
Niby nadal się pisze książki i wydaje filmy, a "The Walking Dead" dalekie jest od dead i walks w kolejny sezon, ale nie ma już tego parcia kulturowego, które się czuło aż do porzygu przed niespełna rokiem. W związku z tym za pomysły zabrałem się powoli i stopniowo, z pewną dozą ostrożności. Na pierwszy ogień poszedł "Rozrusznik".

Idea jest prosta, mam nadzieję. Skoro kontrolę nad ciałem nieumarłego przejmuje po śmierci wirus/bakteria/choroba/obcy w kapuście, co jeśli nasza ofiara nie jest tak do końca martwa? To znaczy umarła, ale się zresetowała, gdyż jest szczęśliwym posiadaczem nowoczesnego rozrusznika serca. Co wtedy?
Oczywiście ciało człowieka napędzane przez taki rozrusznik jest jednocześnie ciałem cyborga i tak właśnie potraktowałem to opowiadanie - od strony technicznej. Wszelkie myśli i pragnienia zastępują mechanizmy ruchu i "oprogramowanie", jak to w maszynie. Bo klasyczny, bezmyślny zombiak wiele ma wspólnego z programem wykonującym swoją podstawowe funkcję. I to mnie głównie ciekawiło w tej historii: ciało nieumarłe a ciało cyborgiczne.

Dodatkowo, w ramach eksperymentu, wprowadziłem narrację drugoosobową (czyli można bohater mówi do czytelnika na "ty"). Spotyka się to rzadko, ale nie jest w literaturze nieobecne. Myślę, że w świecie technikaliów sprawdza się jednak całkiem dobrze.
No, ale to już pozostawiam ocenie czytających...

Opowiadanie ukazało się na Horror Online, gdzie można je przeczytać, jak nazwa wskazuje, online:

Link do opowiadania (Horror Online)

A także w #50 numerze Grabarza Polskiego:

Link do opowiadania (Grabarz Polski #50, str. 147)

Opowiadanie zdobyło również wyróżnienie w tegorocznej edycji Świetlnego Pióra i można je przeczytać w formie pdf na stronie konkursu:

Link do opowiadania (pdf)


A dla zainteresowanych także w formacie EPUB:

Link do opowiadania (epub)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)

Kac camel (2014), czyli spijanie wielbłąda


Ostatnio było o dzikach, teraz czas na wielbłądy!

Fakt, że nie istnieją jeszcze wielbłądy trójgarbne jest skandaliczny. Myślałby kto, że jak się skrzyżuje jedno- i dwugarbnego (czyli dromadera i baktriana), to coś się skumuluje w genach i bach! tak powstał nowy gatunek. Ale nie, geny tak nie działają, jak na złość. No, chyba że to bizarro.
Idąc dalej, dlaczego wielbłąd może składować w garbach wodę, a nie może wódy? Co by się stało, gdyby takiego porządnie opić, różnymi alkoholami świata? Zostałby mu w garbie wielki superdrink? Pewnie nie. Pewnie by zdechł, bidula. No, chyba że to bizarro.
I w końcu, w jaki sposób można by pogodzić dwie wielkie zwaśnione kultury - amerykańską i muzułmańską? Czy wysłać syna naftowego szejka na studia do Ameryki? Czy może zapoznać amerykańskich studentów-imprezowiczów z wielbłądem? A może i to, i to? To przecież nie może się udać! Nie uda się. No, ale to przecież bizarro.
O tym i o innych rzeczach traktuje moje nowe opowiadanie na Niedobrych Literkach - "Kac camel".

Mimo że utwór jest nastawiony raczej na absurdy i dziwactwa, starałem się też, żeby pozostały jakieś konkluzje po lekturze na temat - może nie naszych, ale jednak - problemów, które łatwo mogą stać się nasze. Nie próbowałem narzucać przy tym własnych opinii. Za słabo znam sprawę obecnie toczonych wojen, by się wypowiadać; nie rajcuje mnie rytualne ścinanie głów ani mordercze drony (no dobra, drony są spoko, ale też z nimi różnie bywa).
Żeby się lepiej identyfikować, bohater jest członkiem kultury nam bliskiej (a nie bliskowschodniej, he, he), ale i jego sposób życia pozostawia wiele do życzenia. Tak pod wieloma względami wyglądają relacje Ameryki z Bliskim Wschodem - pułapka między grzesznym konsumpcjonizmem a fanatyzmem religijnym. A najgorsze, że nie widać w tym wszystkim złotego środka - chyba że za złoto robiłoby "złoto pustyni": ropa.

No, ale dość tych dywagacji polityczno-religijnych. Najprościej po prostu przeczytać :)

Link do opowiadania (Niedobre Literki)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)

SMSmeryzm #11


Małe co nieco dla spragnionych szybkiej lektury, czyli jedenaste, ostatnie w tym roku wydanie SMSmeryzmu! I jeśli w ciągu miesiąca nie dopiszę nic więcej, ostatnie w ogóle. Ale na to się raczej nie zanosi, bo tworzenie takich ultra-krótkich form to czysta przyjemność, mimo że czasem trzeba się nieźle natrudzić.
Z dłuższych rzeczy w zeszłym miesiącu ukazały się: "Kropka nad i" zarówno po polsku, jak i po angielsku jako "Dotting the Is" oraz autobiograficzno-dziwaczny króciak "Wybieg dla dzików".
Opowiadanie "Moja dziewczyna hoduje wyspy", chyba najlepsza rzecz, jaką udało mi się ostatnio wysmażyć, ma się ukazać w antologii Bizarro dla zaawansowanych. Jedno z moich opowiadań zdobyło również wyróżnienie w konkursie fantasy, ale jako że "w cenie" nie było żadnej publikacji postaram się je jeszcze gdzieś wysłać.

A w tym wydaniu prozy na 140 znaków: zanurzymy się w magii komediowej telewizji, zasłuchamy się w bezgłośną muzykę, przeczytamy wiersz śmierci, sprawdzimy zasoby pamięci, zaśpiewamy serenadę, poddamy się fantastycznej narkozie, zajdziemy z wizytą do sąsiadów i odszyfrujemy notatki seryjnego mordercy.
#88 należy odcyfrowywać, czytając po kolei podkreślone literki.

Ku lekturze!


#81
Publika sitcomu wybuchła śmiechem. Główny Bohater nachylił się do Miłości Życia: „Nie przestrasz się, ale… czy ty też słyszałaś ten rechot?”


#82
Obawiając się zerwać struny i boleśnie się zranić, smagał je delikatnie opuszkami palców. Na ulicy nikt nigdy nie usłyszał, jak pięknie gra.


#83
Wzorem samurajów napisał przedśmiertny wiersz, opus magnum. Badający jego zgon inspektor przeczytał go i wyrzucił. „Zapiski wariata”, rzekł.


#84
Bank pamięci w 99 % pełny! Proszę usunąć sugerowane nieużytki: zapachjejwłosówwiosną, rannyuśmiech76, braksłońcagdyonaodchodzi. Wykonać? Y/N


#85
Śpiewał pod jej oknem serenady pełne uczucia – wypruwał duszę. Ona go nie słyszała. Na 244. piętrze wieżowca nie mogła nawet otworzyć okien.


#86
W magicznej krainie Anestezji spotkasz elfy i wróżki. Ułożysz się w sennej łące, zapomnisz o Bólu. Śpij, dziecko. Zaraz będzie po wszystkim…


#87
Pan Wilkołak i Pani Kotołak to spokojni, ułożeni sąsiedzi. Czasem tylko, nocami, skaczą sobie do gardeł jak istne zwierzęta. Ot, małżeństwo.


#88
Za późno już, by naprawić błędy. Wierzę jednak, że na wolności uda mi się po raz kolejny przysłużyć społeczeństwu tak, by odkupić grzechy.


Dotting the Is (2014), czyli debiut anglojęzyczny


"Kropka nad i" po angielsku!

Opowiadanie, o którym więcej można przeczytać TU ukazało się również na Bizarro Central, najbardziej znanym anglojęzycznym portalu bizarro, w copiątkowej serii Flash Fiction Friday, pod tytułem "Dotting the Is". Tłumaczenie jest moje własne, pozwoliłem sobie również na przyjęcie angielskiego pseudonimu Cornell R. Nichols; no bo wiadomo jak to mają tacy Amerykanie, czasem jak widzą zagraniczne nazwisko, to machają dłonią i przewijają dalej. A poza tym lubię pseudonimy, następnym razem nazwę się Batman albo coś...

Jednocześnie zaznaczam, że tekst angielski różni się kilkoma drobnymi szczegółami, gdyż obie wersje - angielską i polską - pisałem i poprawiałem symultanicznie. Czasem coś dobrze brzmiało tylko po angielsku, czasem po polsku, stąd rozbieżności.

Zapraszam zatem do lektury opowiadanie mojego bliskiego znajomego.
Oto przed wami pan Cornell R. Nichols :)

Link do opowiadania (Bizarro Central)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)


Wybieg dla dzików (2014), czyli po drugiej stronie koryta


Dziki są fajne. Koniec, kropka.
Kiedy byłem małym chłopcem (nie, to nie piosenka), moją ulubioną zabawką była poobijana, plastikowa figurka dzika, którą wszędzie ze sobą nosiłem. Może jakiś przerzut z Króla Lwa, gdzie najbardziej lubiłem Pumbę, nie wiem. W każdym razie, bardzo chciałem zobaczyć prawdziwego dzika. Więc przy najbliższej okazji, gdy byliśmy z rodziną w zoo, pobiegłem od razu na wybieg dla naszych mniejszych braci z gatunku Sus scrofa, a tam zobaczyłem tylko... to samo, co w opowiadaniu. To, co dzieje się później to już zmyślenie, przekłamanie i proszę nie wierzyć autorowi.

Historia przypomniała mi się w dziwny sposób, gdy czytałem jakieś surrealistyczne opowiadanie o ojcu, który zabiera córkę do zoologicznego, żeby kupić jej wieloryba. Autor (D. Harlan Wilson) cisnął jednym absurdem za drugim w zasadzie przez cały zbiór, nie zważając na żaden sens, porządek czy konkluzję; po prostu - ciąg dziwacznych zdarzeń.
Ja także, dla odmiany, chciałem napisać coś, co nie ma jasno ustalonego sensu. Ktoś widzi w tej historii jakieś głębsze przesłanie? Proszę bardzo, nie zabraniam. Ale z założenia nie ma tu żadnych wielkich idei. Coś się dzieje i nawet sam autor (ja) nie ma pojęcia, dlaczego.

A zatem niech się dzieje, czy jak mówią starzy radżowie: Show must go on!

Link do opowiadania (pdf)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)


Kropka nad i (2014), czyli praca co najmniej syzyfowa



To już trzecie moje opowiadanie, które ukazuje się na 'bizarrycznym' portalu Niedobre Literki i mimo że podobnież "do trzech razy sztuka", mam nadzieję, że nie ostatnie. Naczytałem się bowiem ostatnio całkiem sporo bizarro fiction, tego gatunku dziwności wszelakich, i przekonałem się, że jest to kopalnia pomysłów. Podobnie kiedyś zareagowałem na anime (o co nigdy bym się nie podejrzewał). Spodobały mi się przede wszystkim nie epickie walki, absurdalne fryzury czy inne dżapańskie dziwactwa, a właśnie ta wyzwolona wyobraźnia, pozwalająca na stwarzanie wyjątkowych fabuł; czasem głupich do potęgi, a czasem wręcz genialnych. Podobnie, i to nawet do ekstremum, rzecz się ma z bizarro.

"Kropka nad i" to opowiadanie krótkie i prostolinijne, ale za to nawkładałem do niego całe mnóstwo dodatkowych smaczków, kompletnie się ze sobą nie zazębiających. Dlaczego? A dlaczego nie! Na tym polega fenomen tego gatunku, że wszystko można, co nie można. Na tle opowiadań, które czytałem to i tak jest codzienność i odcinanie kuponów.
Mamy więc bohatera z aspiracjami, który zostaje kropkarzem w drukarni, mamy szefa z wymienną protezą nosa, mamy społeczeństwo z mniejszościami jak zombi i organizacjami jak Zakon Gramatycznych Neo-Nazistów.
Mogło być prosto i mogło być nudno - stuk, stuk, stuk (odpukać w niemalowane).
Gdyby nie bizarro.

Zapraszam do lektury ;)

Link do opowiadania (Niedobre Literki)
(Wszelkie prawa zastrzeżone)

SMSmeryzm #10


Zapraszam na dziesiąte wydanie nano-fikcji na 140 znaków, czyli na kolejny SMSmeryzm!
Dziesiąte, czyli okrągłe, przynajmniej w systemie dziesiętnym.
Dziesiąte, czyli "ani żadnej rzeczy, która jego jest".
Ale tę rzecz, która moja jest, można akurat czytać na okrągło ;)

A do osiemdziesiątki dobijamy następującymi specjałami: elektromagnetyzmem z innej rzeczywistości, nieudaną karczmą, Prawdziwym Imieniem smoka, teleturniejem przyszłości, rozterkami władcy świata, włamaniem do skarbca, horrorem z transfuzją krwi oraz najnowszymi implantami muzycznymi Głuchex 5000.

Zapraszam!


#73
W pokoju łapią mi fale EM z innej rzeczywistości. Co dzień włączam radio i słucham z żalem, jak mogłaby brzmieć Muzyka. TV nawet nie ruszam.


#74
Wzniósł oberżę marząc o karczemnych awanturach, popijawach, miejscach zbiórek dla hałaśliwych gierojów. Wszyscy jak na złość pili grzecznie.


#75
Ktokolwiek znał Prawdziwe Imię tegoż smoka mógł rozkazywać bestii. Lecz któż chciałby sprawować władzę nad czymś, co nazywa się Pierdzisrak?


#76
Przed uczestnikami trudne zadanie. Muszą orzec, czy osoba przed nimi to A: CZŁOWIEK czy B: ANDROID. A czy wy, widzowie, potraficie odróżnić?


#77
Tysiące najzdolniejszych kucharzy świata gotowało Dyktatorowi specjały. Dyktator płakał nad nieruszonym talerzem. Tęsknił za pierogami Mamy.


#78
Złodziej wśliznął się do Królewskiego Skarbca. Ujrzał zdobycz, której jeszcze nikt w Królestwie nie widział na oczy: wcześniejszą emeryturę.


#79
Duchy sprawiały, że ze ścian ciekła posoka. Nawiedzony dom wykupiło Centrum Krwiodawstwa. Grupy krwi okazały się dobre. Sama krew – już nie.


#80
Stary, te implanty muzyczne są genialne! Pobudzają ci, wiesz, nerw słuchowy, bezpośrednio. Zero kabli! Co? Co? Głośniej mów, nie słyszę cię!



SMSmeryzm #9


Kolejny miot nano-historyjek dla wszystkich, którzy nie mają czasu na dłuższe lektury!

(A dla tych, którzy czas mają, to z dłuższych lektur w zeszłym miesiącu ukazały się: bizarryczno-absurdalne Byliśmy umówieni na cięcie, owado-Kafkowski horror Metamorphosis oraz fantastyczno-naukowy Czasokrążca)

W tym wydaniu, w 140 znakach na historię zamknięto kolejno: technologiczny konflikt pokoleń, zdradzieckie mutacje, czego pragną kobiety, problemy dorastającej elfki, opowieść o nieszczęśliwej miłości do muzyki The Doors, grzybowe zarodniki, liczniki tolerancji alkoholowej oraz żyjące wyspy.

Gotowi? No to start!


#65
Ojciec chwalił się 50-calową plazmą. Syn prychnął i wyjął z oka półcalową TV-soczewkę. Ojciec chuchnął i jeden z nich został bez odbiornika.


#66
Nosił na twarzy biomaskę przeciwgazową, by nie zmutowała go radiacja. Nie pomyślał, że sama maska może się zmutować: w zabójczego dusiciela.


#67
Uniwersalny Tłumacz pozwolił wreszcie ustalić, że koty najbardziej pragną snu i jedzenia, psy przyjaźni, a kobietY0MZp3n1s01 CRITICAL ERROR!


#68
Zawsze byłam niską elfką. Mama wspominała, że za młodu włóczyła się z krasnoludami, ale ja nie rozumiałam. Póki nie zaczęła rosnąć mi broda…


#69
PLAYLISTA: Been Down So Long – My Eyes Have Seen You – Hello I Love You – Love Her Madly – Light My Fire – Touch Me – Unhappy Girl – The End


#70
W spleśniałych księgach osiadły narkotyczne grzyby. Po uchyleniu okładki ciskały chmurą atramentowych zarodników i w umysłach puchły w idee.


#71
Włodkowi wszyli licznik Tolerancji Alkoholowej dochodzący do stanu upojenia w punkcie 100%. Przy 950% licznik czknął i usnął. Piliśmy dalej.


#72
Zniesmaczeni grzechem, utworzyli bogobojną cywilizację na Żyjącej Wyspie. Sielanka nie trwała długo. Zaczynał się właśnie sezon godowy Wysp.


SMSmeryzm

Metamorphosis (2014), czyli córka entomologa


Drugie z moich opowiadań, które ukazało się w Magazynie Histeria i przy okazji także drugie, po Mimesis (Horror Online), pod tytułem zapożyczonym z greki. Można by tu wysnuć interesującą analogię - oba tytuły kończą się na sis, a bohaterkami są młode kobiety, więc są to niejako horrorowe "sisters". W jakiś bowiem sposób kobiece postacie o wiele lepiej pasują mi do historii, w których pewnym nieprzyjemnym osobnikom należy się solidna krwawa jatka (btw, w tematyce empowerment polecam TO). To tyle, żeby nie zdradzić za wiele.

Pojawiający się w "Metamorphosis" nacisk na tematykę owadzio-ludzką można by porównać do Przemiany Franza Kafki. Można by, ale nie za wiele to da, gdyż książki nie miałem jeszcze przyjemności przeczytać i tylko wiem "z czym się to je". Piszę "przyjemności", gdyż Proces, mimo że czytałem dawno i z przymusu lekturowego, podobał mi się.
Tak, siak czy owak, na pomysł opowiadania wpadłem bez myśli o przemianach przeszłych, a jedynie z prostą ideą człowieka, którego pochłania perspektywa owadzich metamorfoz w zastosowaniu do ludzi. Co ciekawe ilość notatek do opowiadania ograniczyła się do pojedynczego zdania, całość zaś - poza krótkim "epilogiem" - napisałem w przeciągu jednego wieczoru. Pisało się samo, w zasadzie.

A teraz niech się czyta :)

Link do opowiadania (Magazyn Histeria #4, str. 64)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)

Byliśmy umówieni na cięcie (2014), czyli żelazność terminów


Termin rzecz święta. Wszelkich deadline'ów i dat ostatecznych dotrzymywać należy, jeśli chce się, aby ludzie traktowali nas poważnie. I - jak to często bywa - niektóre z tych terminów bywają całkiem niemożliwe.

Wliczając w to termin porodu.

Tak właśnie rzecz się ma w moim nowym opowiadaniu, które ukazało się na niedobrych literkach. Tytuł mówi chyba sam za siebie - "Byliśmy umówieni na cięcie" - a jego powstanie zawdzięczam w dużej mierze lekturze opowiadań Rolanda Topora. Swego czasu wsączyła się we mnie ta toporowska groteska i pchnęła do przejrzenia pomysłów, które wcześniej uznałem za zbyt absurdalne. Pierwszym z nich było "Marzenie ściętej głowy", drugim zaś - właśnie "Byliśmy umówieni na cięcie". I tu, i tam coś tną - i tu, i tam pomysł można było poprowadzić w zupełnie innym kierunku.
Ale nie ma co się nad tym rozwodzić.

Zapraszam do lektury:

Link do opowiadania (niedobre literki)
(Wszystkie prawa zastrzeżone)



SMSmeryzm #8


Ósmy z kolei rzut nano-historyjek, co znaczy, że jest już ich osiem razy po osiem. A szykuje się jeszcze więcej!

W tym wrześniowym wydaniu prozy na 140 znaków mam dla Was: nowy wymiar telewizji, wkurzającą alfabetyczną rozsypankę wyrazową (wyciągamy karteczki!), Meduzę z autokrytyką, Zielonego Marsa, miejskie gołębie, nowe znaczenia starych przysłów, paranormalne dary oraz okoliczności wynalezienia jednego z najpopularniejszych sportów.
Rozwiązanie numeru #58 - rozsypanki - znaleźć można po najechaniu na słowo "help!" obok numerka.
Komentarz do #59 to wynik autokrytyki po wymyśleniu samego utworu. Ale nawet komentarz ma 140 znaków, więc wybaczam sobie.

Zapraszam do lektury:


#57
Dziś wieczór w serii dokumentów prezentowanych w ©Zapach-O-Wizji, „Kulisy Przemysłu Porno” – woń potu, krwi, łez oraz niespełnionych marzeń.


#58 - help!
ROZSYPANKA: alfabetycznie. cała Głównego i Komputera literatura ludzka ma na obaleniem przechodzi rządów uszeregowana własność Wraz z zostać


#59
Mityczna Meduza utworzyła profil na portalu sieciowym. Kto spojrzał na jej zdjęcie – skamieniał przed monitorem. Świat niewiele się zmienił.


#60
Z ostatniej chwili: Na uroczystość otwarcia Zielonego Marsa przybyli Marsjanie. Podziękowali Ziemianom za posprzątanie i kazali się wynosić.


#61
Rząd wprowadza do miast Gruchające Ornitologiczne Urządzenia do Obserwowania Miejskiej Populacji – w skrócie GOUOMP. Językowcy są oburzeni.


#62
W kraju ślepców jednooki jest królem, nie? O jedno oko więcej. Więc czemu ja siedzę w klatce?” „Nie ględź, Trójoki Joe, zabawiaj widownię!”


#63
Lin posiadała dar. Potrafiła dostrzegać kolorowe aury ludzi mijanych na ulicy: odbicia emocji. Jej świat był równie szary, co rzeczywistość.


#64
Ej! Żem nadmuchał świński pęcherz. Hah! Patrzta jak leci, jak się go kopnie! Czemu nie patrzyta? Ja wam pokażę, kiedyś będą patrzeć miliony!


#59-B
A kto zrobił Meduzie zdjęcie? Sama robiła, „z ręki”. I nie spojrzała jak wyszła? A efekt „czerwonych oczu”? Nienawidzę was, głosy w głowie.


P.S.
Tradycyjnie zapraszam też do śledzenia SMSmeryzmu na Tumblr: TUTAJ. W ramach regularnych publikacji już dziś pojawi się tam utwór nr 65.